|
Po udanej ekspedycji motorowerem z Krakowa nad morze, po podróży do ostatniej strony, gdzie odległość mierzyłem ilością napisanych stron powieści, po dziesiątkach mniej lub bardziej nienormalnych wycieczek, przyszedł czas na nową podróż. Oto: |
Motto: "Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie?" Ew. Mateusza 6:25 |
|
Odesseiaczyli: do Odessy i spowrotem |
|
Ostatnia modyfikacja: 2004-09-10
Część I: Wstęp
2004-07-15, czwartek rano
Jadę na Ukrainę.
Za mniej więcej 15 minut.
Rosyjski znam tak sobie, ukraińskiego wcale, a do wczoraj wieczorem jeszcze nie wiedziałem, gdzie właściwie jadę. Wiedziałem tylko, że do Odessy, a potem na obóz angielskiego do Rybakovki. I wiedziałem, że mam się skontaktować w Odessie z jednym człowiekiem, który wie wszystko. Tylko nie wiedziałem jak mam to zrobić, chyba telepatycznie, bo adresu ani telefonu nie miałem, a wszystkowiedzący człowiek na maile od dwóch miesięcy nie odpisywał.
Teraz (od wczoraj wieczorem) mam już odpowiedni telefon, adres i stos maili, więc panika, która mnie ogarniać zaczynała, zmieniła zdanie i poszła ogarniać kogo innego. Pozostał mi natomiast lekki niepokój odnośnie kilku następujących rzeczy:
- czy znajomość języka mi wystarczy, żeby cokolwiek załatwić
- czy tam, gdzie jadę, będą rzeczy typu kibelek i prysznic
- czy kibelek będzie miał postać dziury w ziemi otoczonej (optymistyczny scenariusz) czterema ścianami
- czy ludzie na obozie będą mieli chociaż szczątkowe poczucie humoru
- czy będzie się dało z kimkolwiek porozumieć po angielsku
- czy obóz nie został przypadkiem odwołany
- i parę innych, mniej lub bardziej wyssanych z palca problemów
Na razie pierwszy etap podróży to pociąg Kraków-Odessa. W związku z tym szarpie mnie niepokój o to:
- czy w pociągu mnie nie okradną/napadną/zatrują gazem/zabiją/zmuszą do picia ukraińskiego bimbru
- czy uda się bezboleśnie przejechać granicę w czasie krótszym niż 2 godziny
- czy od 1 lipca nie wprowadzili wiz
- czy na dworcu ktoś będzie na mnie czekał
Co do tego ostatniego, to jestem prawie pewny, że nie będzie. Ale tak sobie myślę, że nic nie szkodzi, bo zaczynam powoli przechodzić w tryb przygodowy.
W Przemyślu pociąg stoi 4 godziny (bo zmieniają podwozie), więc będzie więcej czasu, żeby zebrać myśli i coś sensownego napisać.
W moim przekonaniu podróż bez określonego celu nie ma sensu, zanim więc zacznę opisywać samą podróż, warto by było napisać gdzie i po co właściwie jadę. Gdzie - łatwe - jadę na obóz angielskiego. A celem podróży jest: nauczyć się rosyjskiego.
Może to na pierwszy rzut oka dziwny pomysł, żeby jechać na obóz angielskiego na Ukrainę po to, żeby się tam nauczyć rosyjskiego, ale - jak się później okazało - pomysł był całkiem sensowny.
Część II: Podróż
2004-07-15, czwartek po południu
Po ponad czterech godzinach bezproduktywnego czekania pociąg ruszył wreszcie z Przemyśla. Z nowymi znajomymi z przedziału jechało się bardzo wesoło. Zobiło się mniej wesoło jak w końcu przyjechaliśmy na granicę.
Granica to bardzo stresujące miejsce. Myślę, że głównie dlatego, że łazi tam pełno urzędników, celników i żołnierzy. Wszyscy w mundurach. Tak sobie myślę, ze gdyby ich wszystkich przebrać w stroje kąpielowe, a żołnierzom zamiast karabinów półautomatycznych dać pistolety na wodę, od razu zrobiłoby się weselej na granicy.
Niestety na granicy polsko-ukraińskiej w Medyce nikt nie wpadł na ten pomysł i przez godzinę i 20 minut było lekko stresująco. Jacyś dziwni ludzie w rozmaitych mundurach łazili po pociągu tam i spowrotem, potem przyszła jakaś pani i zaczęła coś gadać po ukraińsku - ni w ząb nie rozumiałem. Daliśmy jej paszporty. Wzięła. Dała nam znowu jakieś papierki i kazała na nich napisać kto my, jak, skąd, dokąd i po co. Powiedzieliśmy, że nie wiemy jeszcze dokąd (na papierku trzeba było napisać adres). Ja do Odessy, oni na Krym. Powiedziała, że dobra, nie piszcie. zostawiła nam kawałek papierka i kazała go nie zgubić, bo nas nie wypuszczą. A, fajnie. No i w sumie to było wszystko.
Potem przyszła następna pani, bardzo wesoła i miła. Od razu zrobiło się przyjemniej. Pani była wesoła, bo przyszła po pieniądze na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. Miła była już sama z siebie. Zabrała mi 5 dolarów za ubezpieczenia na 10 dni. Powiedziałem, że nie wiem ile dni będę, a ona na to, że jakbym był dłużej to potem już będzie z karmana. Hm, jakby powiedziała wcześniej to bym powiedział, że na 2 dni jadę. Jakby co to i tak wszystko będzie z karmana, jak znam życie i państwowe systemy opieki zdrowotnej.
Pociąg ruszył. Alleluja, jesteśmy na Ukrainie! Bohun, stepy, hej sokoły omijajcie i tak dalej! Jedziemy, a ja gapię się przez okno. Poczyniłem dwa sposprzeżenia. Po pierwsze wszędzie pasą się krowy. Zatrzęsienie krów. Można powiedzieć, że na Ukrainie krów jak mrówek. Po drugie wszystkie kościoły mają charakterystyczne dla prawosławnych cerkwii kopuły. Sądząc po wyglądzie krzyża, były to (jeszcze) kościoły katolickie, ale wyglądały jak prawosławne.
Dojechaliśmy do Lwowa. Ze Lwowem kojarzą mi się tylko orlęta oraz piosenka "Tylko we Lwowie". Dworzec wygląda normalnie, jak to dworzec. Swoim zwyczajem wystawiam łeb za okno - i co widzę? Oczywiście babuszki. Całe bataliony babuszek.
Babuszki sprzedają na dworcu wszystko, co się da: kiełbasę, piwo, wódkę, czipsy, pierożki, noclegi, cholera wie co. Wszystko po ukraińsku, więc rozumiem piąte przez dziesiąte. Mówię, po rosyjsku, że nic nie chcę. W każdym razie tak mi się wydawało, że to rosyjski. Potem przychodzą dwaj chłopcy o wyglądzie lekko dzikim. Nie chcą tym razem nic sprzedać, za to chcą kuszat'. Dostają bułki od moich znajomych z przedziału. Przychodzi jeszcze głodna babuszka i stuka w okienko. Też dostaje bułki. Podsumowując, Lwów wygląda całkiem normalnie, ale widać, że dużo tam biedy.
Jedziemy dalej. Moi znajomi poszli się przejść po ukraińskim wagonie (my byliśmy w Warsie). Za chwile wrócili i mówią:
- Martin, oni tam mają czaj!
- Jaki czaj? Aa, herbatę?
- No, ale taki z samowara! Idziemy kupić.
- Poważnie z samowara? Fajnie, to mi też kupcie czaj!
- Dobra.
Poszli kupić. Całkiem dobry czaj. Samowar w pociągu! Osobliwe. Wypiliśmy i poszliśmy spać.
2004-07-16, piątek
To była bardzo przyjemna podróż. W takim towarzystwie i warunkach mógłbym jechać nawet do Chin. Ale nie jechałem do Chin, tylko do Odessy więc już o 10:00 rano czasu ukraińskiego wysiadłem z wagonu.
Dworzec był duży, ludzi pełno, wszystko po rusku, a z głośników jakaś patetyczna muzyka z lat pięćdziesiątych. Byłem lekko przytłoczony myślą o szukaniu kantoru, kafejki internetowej i babuszek noclegowych, ale na szczęście zaraz, jak tylko wysiadłem, znalazł mnie Ben Oehler.
Ben wygląda trochę jak Kevin Kostner i jest kierownikiem obozu, na który właściwie przyjechałem. Jest Niemcem, mieszkał w Stanach, a teraz mieszka na Ukrainie. W związku z tym mówi płynnie trzema językami. Ulga, jaką poczułem na jego widok, była zaiste uczuciem bardzo przyjemnym.
Stałem sobie więc na dworcu rozglądając się radośnie dookoła, a Ben gadał przez komórkę. Mówił po rosyjsku. Mówił mało, powoli i wyraźnie i może dlatego rozumiałem każde jego słowo. Miesięczny kurs rosyjskiego, jaki sam sobie zaaplikowałem przed wyjazdem, okazał się bardzo, bardzo przydatny.
Poszliśmy najpierw wymienić pieniądze, przy czym dowiedziałem się, że nie ma co chodzić po różnych kantorach i porównywać kursy, bo kurs wszędzie na Ukrainie taki sam. Państwo ciągle trzyma łapę na gospodarce. Nic dziwnego, że ekonomia tak się dusi.
Potem wzięliśmy marszrutkę i pojechaliśmy do mieszkania Bena.
Marszrutki to prywatne lub półprywatne (nikt mi tego nie umiał dokładnie wyjaśnić) busy, które jeżdżą w dużych miastach Ukrainy w charakterze komunikacji miejskiej. Łapie się taką marszrutkę na ulicy, wchodzi się, siada, odlicza pieniądze i podaje osobie z przodu, mówiąc za ile osób. Osoba podaje następnej i tak kasa dochodzi do kierowcy, a od niego wraca reszta odwrotną drogą. Bardzo fajne. Towarzyskie. Marszrutki są droższe niż "normalne" autobusy, trolejbusy i tramwaje (kosztują 1,25hr), ale są wygodniejsze, szybsze i jest ich o wiele więcej.
Dojechaliśmy. Blok dosłownie jak z "Alternatywy 4". Na parterze dyżurka. Siedzi w niej baba i pilnuje. Właściwie to tylko siedzi, bo nie za bardzo jest co pilnować. Stare, "dobre" czasy w Polsce się przypominają. Ben powiedział, że jakbym przyszedł sam, bez niego, to by mnie baba nie wpuściła. Ale John - Amerykanin, który przez pare dni mieszkał u Bena - powiedział, że przyszedł sam i jego jakoś baba wpuściła. Hm. Idziemy dalej. Przed drzwiami mieszkania kraty jak w więzieniu. U wszystkich tak. Pytam Bena, po co te kraty. Mówi, że w Odessie tak trzeba. Pytam, czy ktoś kiedyś próbował sforsować te kraty. Mówi, że nie. Opowiedział mi jeszcze, że w Odessie jest wysoka przestępczość i że każdej nocy ginie przynajmniej jedna osoba. Już zaczynałem lekko schizować, ale John przyszedł i mi powiedział na ucho, żebym się nie przejmował, bo Ben jest Niemcem i ma trochę inne standardy niż my. W Nowym Jorku codziennie kilka osób ginie i jakoś ludzie żyją, przyjeżdżają, wyjeżdżają i nie panikują. A w Odessie nie jest wcale gorzej, niż w Polsce. Więc się uspokoiłem. Polepszyło mi się na tyle, że wyszedłem na ulicę kupić papier toaletowy i stanok, czyli maszynkę do golenia. Trudno mi się było przełamać i zacząć gadać po rusku (w Odessie wszyscy mówią po rusku, zero ukraińskiego), ale po paru stresujących konwersacjach nabrałem trochę luzu.
Wróciłem do bloku w dobrym nastroju. Idę, a tu cieciowa w bloku coś do mnie mówi. Słucham, a ona informuje, że nie ma prądu (oni mówią: światła) i że będzie dopiero za pół godziny. Oprócz światła nie działała oczywiście winda oraz elektryczny dzwonek do drzwi Bena. Więc poszedłem po schodach i stałem jak głupi, bo zapukać się nie dało, gdyż przeciwpancerna krata broniła skutecznie dostępu do drzwi.
Godzinę później pojechaliśmy na dworzec. Taksówką. Ben stanął na ulicy i zaczął machać ręką na przejeżdżające samochody. Zapytałem kogoś (oprócz Bena i Johna były tam jeszcze dwie osoby) skąd Ben wie, które samochody to taksówki, bo machał na prawie każdy samochód, a na żadnym nie było napisu "TAXI". Okazało się, że w Odessie każdy samochód to potencjalna taksówka. Bierze się i macha na wszystko, co jeździ. Jak facet stanie - znaczy: taksówka. I faktycznie, bardzo szybko gość się zatrzymał i zawiózł nas na dworzec za 10hr.
Na dworcu zjadłem hot-doga - dobry, ostry, tylko mięso jakoś dziwnie różowe. Ciekawe z czego. A na parówce marchewka. Dużo marchewki. Dziwne, hot-dog z marchewką. Coraz dziwniejsza ta Ukraina.
Autobus się spóźnił, ale przyjechał i pojechaliśmy do Rybakowki - miejscowości, gdzie miał być obóz. Jechało się ciekawie. Kierowca zatrzymywał się w różnych dziwnych miejscach, brał pisak, wysiadał i pisał na czym się tylko da jakieś ogłoszenia. Na murze, na ścianie, na transformatorze, na czym popadnie. Poza tym kierowca był gruby, wesoły, gadał dużo i niewyraźnie, i bardzo lubił panie. W całym autobusie ludzie zachowywali się, jakby znali od lat. Zdaje się, że nie ma tu takiego dystansu między ludźmi, jak w Polsce - i dobrze.
Po godzinie jeżdżenia po kompletnie nieoznakowanych wiejskich drogach, pomiędzy ciągnącymi się przez dziesiątki kilometrów polami słoneczników, przyjechaliśmy na miejsce. Po szybkim rekonesansie stwierdziłem z głębokim westchnieniem, że jednak chwilę zajmie zanim się do tych warunków przyzwyczaję.
A warunki były następujące: mieszkaliśmy w całkiem fajnych domkach stojących szeregiem jeden obok drugiego. W budynku obok były dwie duże sale - jedna to stołówka, druga to, zdaje się, coś w rodzaju świetlicy ze stołem ping-pongowym. Obok zaś gwóźdź programu - łazienka! Łazienka składa się z dwóch metalowych korytek (koedukacyjnych), do których leje się z kraników woda. Nie trzeba chyba dodawać, że wyłącznie zimna. Kawałek dalej stoją dwa prysznice, składające się z trzech i pół ściany oraz kranika nad nimi. Wszystko na wolnym powietrzu. Istny obóz przetrwania. No i oczywiście kibel! Kibel to dziura w ziemi, jakżeby inaczej. Męski i żeński obok siebie, przedzielone tylko jedną deską, w której jest tak dużo dziur i szpar, że można przez nie bez problemu obserwować, jak idzie koleżance w kiblu obok. Papieru toaletowego oczywiście niet. Za to fajny uchwyt w drzwiach od męskiego kibla, precyzyjnie wymierzony, tak, żeby po jego uchwyceniu człowiek mógł przyjąć pozycję narciarza zjeżdżającego z Giewontu.
No tak. Coś czuję, że to będzie bardzo towarzyski obóz.
Część III: Towarzyski obóz przetrwania
2004-07-17, sobota
Nie ma co robić, obóz zaczyna się dopiero jutro. Można iść na bazar - 30 minut w jedną stronę, do sklepu - 15 minut drogi, albo na plażę - 2 minuty. Nie wiedziałem, że Rybakowka leży nad Morzem Czarnym. Poza tym można pogadać sobie po rusku, tylko na razie nie ma z kim i nie ma jak. Brakuje mi słów. Dorwałem jakąś parkę - Kostia i Sasza (on i ona) - i wyciągam od nich różne słówka. Np. "lusterko". Albo "łapka na muchy".
Przyjechali Amerykanie - będą uczyć angielskiego. Ciekawe jak im się kibel podoba. Hm, albo wiedzieli, że taki będzie, albo kulturalnie nie dają nic po sobie poznać. Niezbyt rozmowni na razie. No trudno, niech im tam. Jak nie rozsztywnieją, to z ruskimi sobie pogadam.
Po południu poczułem, że muszę. No muszę, nie ma rady. W związku z tym wziąłem tualjetnuju bumagu i udałem się w kierunku dziury w ziemi, gdzie zrobiłem, co trzeba. Nie bez trudności. Szczególnym problemem było celowanie. Ale udało się, oczywiście. Mówią, że pierwszy raz jest najtrudniejszy, potem działa już nieoceniona siła przyzwyczajenia.
Po obiedzie (który był OK, ale bez rewelacji) poszedłem z Amerykanami na bazar. Bazar okazał się całkiem fajny, ludzie mili, a ceny nastrajały optymizmem. Nikt z Amerykanów po rusku nie umiał, więc pomyślałem, że im potłumaczę. Śmiem twierdzić, że poszło mi nieźle. Pytałem, kupowałem, targowałem się, nawet mi się udało rozmienić 100hr na dziesiątki w kantorze. A potem nastąpił gwóźdź programu, czyli Martin kupował lusterko. Czyli zjerkało. Zapytałem o nie jakąś dziewczynkę w stoisku z rozmaitymi wędkarskimi dzindzibołami. Nie miała, ale powiedziała, żebym poczekał i poleciała szukać. Znalazła i jeszcze mi stówkę rozmieniła. No mili ludzie na tej Ukrainie! Pogadałem z nią sobie trochę. Chyba mnie polubiła. Potem mnie jeszcze raz spotkała na targu - uśmiechnęła się, pomachała mi i poleciała dalej.
Później graliśmy w piłkę, gadaliśmy, wymianialiśmy doświadczenia toaletowe (na przykład, że zatkanie nosa papierem toaletowym sprawia, że prawie nie czuć smrodu). Po kolacji Amerykanie poszli sobie na spotkanie (naradę) kadry, a ja, jako pierwszy przybyły campers, zostałem sam. Postanowiłem spożytkować czas wypróbowując prysznic.
Prysznic jest niestety chyba jeszcze gorszy niż kibel. Woda, zimna jak jasna cholera, ciurka malowniczo pomiędzy licznymi pajęczynami, a trzy rodziny przerośniętych pająków przyglądają się smętnie, smaganemu powiewami wieczornego powietrza (wiejącego niestety od strony kibla), tyłkowi. Najgorsze jest to, że wszędzie wokół tętni obozowe życie, a drzwi od prysznica nie ma. W ogóle nic nie ma, trzy i pół ściany i wot wsio. Tylko pająki. Jakby były jeszcze trochę większe, to przynajmniej można by któregoś poprosić, żeby potrzymał mydło albo szampon. Sufitu też brak. Jak człowiek stanie na palcach, ma piękny widok na cały obóz. Może wtedy powiedzieć przechodzącemu obok koledze:
- Priwiet! Chcesz popatrzeć na mój tyłek? To przesuń głowę jeszcze 10cm w prawo.
Teraz już wiem, dlaczego 10 dni pobytu kosztuje 90hr (ok. 63zł). Znam sporo ludzi, którzy daliby trzy razy tyle, żeby tutaj NIE przyjechać.
2004-07-18, niedziela, 1 dzień obozu
Koło południa przyjechali uczestnicy. Wszyscy naraz, jednym autobusem. Trudno by im było przyjechać inaczej, bo wszystko, co do Rybakowki przyjeżdża, to trzy autobusy na tydzień.
Od razu po przyjeździe uczestnicy dostali do zrobienia test z angielskiego, żeby było wiadomo, do której klasy kogo przydzielić. Ja też dostałem i z uczuciem nieprawdopodobnej satysfakcji wypełniłem część pisemną. Od dwudziestu kilku obozów przyjeżdżałem na nie jako tłumacz (oczywiście w Polsce), więc testu dla uczestników nie wypełniałem. A teraz, po latach, znów jestem zwykłym, cudownie zwykłym uczestnikiem, który płaci 90hr, wypełnia test i uczy się w klasie angielskiego ze wszystkimi!
Jak zwykle pierwszy dzień obozu wydawał się baaardzo długi. Działo się więcej niż jestem w stanie opisać. Z resztą nawet nie miałem kiedy tego zrobić, bo ciągle się coś działo.
Zacząłem się uczyć ruskiego z jakąś nieprawdopodobną, kosmiczną prędkością. Gadałem bez przerwy, wyłącznie po rusku, zadawałem po 10 pytań na minutę i kazałem wszystkim mnie poprawiać. I poprawiali. I to bardzo często, bo błędów w mówieniu robiłem więcej niż SLD w rządzeniu krajem.
Wieczorem mózg zaczął już nie wytrzymywać takiego tempa i zaczęły mi się mieszać wszystkie języki: polski, rosyjski i angielski. Poszedłem spać.
2004-07-19, poniedziałek, 2 dzień obozu
Obóz rozkręca się elegancko. Początkowa sztywność międzyludzka szybko znikła, chociaż i tak odeskie nastolatki są o wiele sztywniejsze niż polskie. Zwłaszcza dziewczyny. Na przykład nie używają słów typu: "kibel", "ustęp", "ubikacja", a już nie daj Boże "sracz", bo to niekulturne. Tylko, ewentualnie, i to z dużymi oporami: "toaleta".
- To nie toaleta - mówię. - Jaka to toaleta? To zwykła dyrka (dziura)! Dyrka w ziemi. Wot!
- "Dyrka" - niekulturalnie. Tualjeta!
- Kulturalnie będzie, jak będzie na czym siedzieć. A na razie jest zwykła dziura w ziemi i ja w niej nic kulturalnego nie widzę.
Może im ta "kulturalność" trochę przejdzie. Wieczorem słyszałem jak dwie dziewczyny powiedziały, że idą w dyrku. No i git. Tak jest weselej. Ja tam wolę szczerość i bezpośredniość, niż kulturalność. Nadmierna kulturalność stwarza niepotrzebny dystans między ludźmi. A ja dystansu nie lubię.
Hiperintensywna nauka języka nie ustaje. Zapamiętałem całkiem sporo słów, ale największą trudność sprawia mi ruchomy akcent w rosyjskim. Nie ma rady, trzeba to po prostu zapamiętać. Każde słowo oddzielnie. A przy odmianie akcent się zmienia i to też nieregularnie. Koszmar. W tym wypadku znajomość polskiego potwornie przeszkadza. Np. słowo "pisać" po rosyjsku brzmi prawie identycznie jak po polsku. Tyle, że akcent pada na ostatnią sylabę. Bo jak się zaakcentuje przedostatnią, wtedy to znaczy "sikać". I potem mówię, że chcę coś napisać, a wychodzi całkiem co innego. Jak bym wiedział, że akcent w ruskim jest taki ważny (bo jest, niestety), to bym się do tego bardziej przykładał w podstawówce.
Pod koniec dnia poszedłem się pobujać na huśtawce. I nagle, ni w pięć ni w dziewięć, zaczęło mi się mówić tak łatwo i swobodnie, że przegadałem z jedną dziewczyną prawie dwie godziny na tej huśtawce. Niesamowite uczucie! Okazuje się, że metodą ciągłych prób, niezliczonych błędów i poprawek udało mi się tak wytresować mózg, że w ciągu kilku dni nauczył się używać rosyjskiego!
Twierdzę, że to, co mówią, że mózg z wiekiem coraz wolniej się uczy - to bzdura. Prawdą zapewne jest, że nieużywany mózg z wiekiem coraz wolniej się uczy. Ja mam 27 lat, a uczę się teraz szybciej i łatwiej niż jak miałem 14.
2004-07-20, wtorek, 3 dzień obozu
Dzień na obozie językowym wygląda tak: o 9 rano jest śniadanie, potem od 9:45 czytamy Biblię po angielsku (to jest chrześcijański obóz językowy), potem są lekcje angielskiego, później, o pierwszej, obiad. Po obiedzie czas wolny aż do piątej, kiedy to zaczyna się "conversation time", który trwa godzinę. Następnie kolacja i wreszcie o ósmej coś, co się na obozach w Polsce nazywało "evening activities", a tutaj nazywa się "program wieczorny". Jakaś taka drętwa nazwa, ale co tam.
Niby wszystko jest tak samo jak na dwudziestu kilku podobnych obozach, na których byłem w Polsce, ale jest kilka cech, które ten obóz wyróżniają. Jedną z nich jest gimnastyka poranna. Jak dla mnie lekko dziwne. Gimnastyka? Rano? Rano to ja robię jedno ćwiczenie: sturlanie się z łóżka na podłogę. Na szczęście gimnastyka na obozie jest tylko dla tych, którzy chcą.
Następną różnicą jest to, że cisza nocna o dwunastej przestrzegana jest tutaj z pieczołowitością godną lepszej sprawy. Może dlatego, że Alex - kierownik obozu - jest Niemcem. Fajny człowiek, inteligentny, miły i w ogóle, ale jak dla mnie trochę za bardzo przedkłada planowanie i porządek nad spontaniczność i improwizację. Równo o dwunastej Alex przychodzi do domku, stuka i każe gasić światło. Wywołuje to u mnie zupełnie niezależną ode mnie pokusę żeby krzyknąć "zum befehl, mein Führer!" lub żeby stanąć na baczność, wyciągnąć rękę i zawołać: "Heil Alex!". Tudzież, żeby odśpiewać drugą zwrotkę "Roty". A czasem wręcz narasta we mnie ochota na wygłoszenie uwagi, że kierownik obozu jest niniejszym proszony o pocałowanie mnie w to miejsce, w którym mam tego rodzaju zakazy. Oczywiście walczę z tego typu pokusami i z grzecznym zgrzytnięciem zębami gaszę światło.
Jeżeli chodzi o poranne i wieczorne zajęcia, to niestety trafiła mi się grupa, którą prowadzi niejaki Mike. Mike to facet koło pięćdziesiątki, który strasznie lubi gadać - może dlatego, że jest pastorem. Redundancja jego gadania jest przerażająca: to co ja bym powiedział w 10 sekund, jemu zajmuje 2 minuty. Jedna Ukrainka na moje pytanie, czy dużo rozmawiała z Mike'em na obozie, odpowiedziała mi, że z Mike'iem nie da się rozmawiać - Mike'a można tylko słuchać. Tak więc na zajęciach bywa nudnawo.
2004-07-21, środa, 4 dzień obozu
Po kilku dniach spędzonych na obozie mogę już z całą pewnością stwirdzić, że życie w warunkach, gdzie kibel jest śmierdzącą dziurą, a prysznic trzema (i pół) ścianami stojącymi na wolnym powietrzu na środku obozu, jest możliwe. Co więcej, jest całkiem ciekawe i sprzyja niwelowaniu dystansu w kontaktach międzyludzkich. A czasem nawet międzypłciowych. To ostatnie działa zdrowotnie zwłaszcza na Amerykanów. Przez kilka lat, podczas których miałem okazję poznać kilkudziesięciu amerykańskich protestantów, zauważyłem, że wielu z nich ma jakieś dziwaczne, nienaturalne podejście do spraw męsko-damskich. Musi to mieć jakiś związek z nauczaniem w kościołach, bo dokładnie takie same dziwactwa prezentują nierzadko polscy protestanci - zwłaszcza ci wychowani w kościołach od dziecka. Znam na przykład jednego posuniętego w latach pastora, który ma taką zasadę, że nie może przebywać sam z kobietą w jednym pomieszczeniu. Ani też w samochodzie. W związku z czym, nie podwozi na przykład pewnej staruszki, która ma w sobie tyle sex apealu, ile nadgniłe jabłko, które spadło z pruchniejącego drzewa na świeży nawóz. Jak dla mnie tego typu zachowania/poglądy mogą (acz nie muszą) świadczyć o lekkiej paranoi na punkcie seksu, ale cóż, quot capita, tot sensus, i każdy sobie może wymyślać takie chore idiotyzmy, jakie mu się żywnie podoba. Byle ich nie narzucał innym, amen.
Wracając jeszcze do spraw kiblowo-prysznicowych, taki polny sraczyk ma swoje uroki. Na przykład dzisiaj zauważyłem, że rozwija się w kibelku istny mikrokosmos. Wczoraj obserwowałem przez parę minut walkę na śmierć i życie pomiędzy pszczołą a pająkiem, a dziś przyglądałem się dla odmiany setkom mrówek, które szły szeregiem podle kibla, a każda niosła spory kawałek czegoś do żarcia. Fascynujące! W takim kiblu spotyka się tyle gatunków owadów, że niejeden przyrodnik byłby szczerze wdzięczny za możliwość pobytu na obozie z taką toaletą.
2004-07-22, czwartek, 5 dzień obozu
Kilka razy zdażyło się, że ludzie chcieli, żebym im tłumaczył z ruskiego na angielski. Czy oni powariowali? Od pięciu dni dopiero po rusku mówię, a oni już chcą, żebym tłumaczył! No ale na bezrybiu i rak ryba - obozowi tłumacze nie zawsze są pod ręką.
Dziś po południu nie było lekcji. Zamiast tego wszyscy poszliśmy na plażę. Mieliśmy grać w siatkówkę, budować zamki z piasku i różne takie, ale nic z tego nie wyszło, bo na plaży było ludzi jeszcze więcej niż zwykle i grać nie było gdzie. Poza tym organizacja całej imprezy była taka sobie i w końcu zapanował przyjemny chaosik i każdy robił, co chciał, a kierownictwo w postaci Alexa zajęło się samo sobą i zaczęło budować olbrzymi i solidny, niczym budynek Reichstagu, zamek z piasku. Potem zaczął padać deszcz, więc sporo ludzi się zmyło. No i charaszo. A ja sobie zostałem. Mnie się deszczyk nad morzem podobał.
Wieczorem jak zwykle - równo o 23:30 przychodzi Alex z hasłem "wszyscy do łóżek". Myślałem, że go zabiję. O północy zrobił jak zwykle obchód, pogasił wszystkim światła i snuł się jak upiór pilnując, żeby cisza obozowa była zachowana. Co z tego, że nikomu się jeszcze nie chce spać, a z dyskoteki na obozie obok słychać grającą sobie w najlepsze muzykę ("Hit Me Baby One More Time" itp). Alex jest nieugięty. Ordnung must sein. Ci Ukraińcy stanowczo za łatwo się na wszystko zgadzają. Młodzi Polacy, jak im ktoś próbuje narzucić nieżyciowe zasady, starają się od razu jakoś je obejść, naciągnąć, ominąć, rozmawiają między sobą o tym, co im się nie podoba, a czasem wręcz otwarcie się buntują. Na Ukrainie ludzie biorą, co dają, bez sprzeciwu, bez pytania "a właściwie to dlaczego?", bez zastanowiania się, że przecież można inaczej. Ludziom wychowanym pod stalową pięścią Sovietskawo Sajuza trudno zmienić sposób myślenia, nabrać przekonania, że rzeczy takie jak: wolność, własność czy prywatność to niezbywalne prawo każdego człowieka, a nie łaska wyświadczana przez zwierzchnictwo.
A jeszcze co do tego światła to muszę się przyznać, że jest to ciutkę irytujące, kiedy koleś młodszy ode mnie każe mi iść do łóżka o lekko niedorzecznej, jak na mój styl życia, godzinie. Przed wyjazdem na Ukrainę odwiedziłem rodzinę, która wróciła akurat z wczasów w Tunezji. Tam nawet 7-mioletnie dzieci chodziły spać gdzieś koło pierwszej w nocy albo i później. A ja mam, jak by nie było 27 lat, nie 7. No ale cóż poradzę - dura lex, sed lex.
2004-07-23, piątek, 6 dzień obozu
Dziś był wieczór talentów. Talent's Night polega na tym, że ludzie prezentują innym swoje talenty, umiejętności, zdolności lub inne ciekawe rzeczy. Wiersz, piosenkę, żonglowanie butelkami z nitrogliceryną, dwa pępki, najdłuższe na świecie beknięcie itp.
Okazało się, że na Ukrainie całkiem sporo ludzi garnie się do prezentowania talentów w postaci śpiewu i tańca. Zwłaszcza tańca. Ukrainki bardzo lubią tańczyć i robią to naprawdę fajnie. Ja też wziąłem udział w Talent's Night i pokazałem wszystkim, że umiem grać na gitarze i śpiewać. I to jednocześnie. No co, nie każdy potrafi.
Wieczorem poszedłem znowu na bazar. Niestety poszła też ze mną niejaka Natasza (wiek: 13 lat). Jakbym wiedział, że będzie co dwie minuty pytała, czy na pewno znam drogę i zatrzymywała każdego, kto przechodził, żeby zapytać, czy aby na pewno dobrze idziemy, to bym jej na pewno ze sobą nie wziął. To było i tak nic - potem zadzwoniła do niej Najwyższa Izba Kontroli w postaci mamy, i przez 10 minut wypytywała o każdy szczegół 30-minutowej wyprawy na bazar, zupełnie jakby to była ekspedycja na Marsa. A z kim idziesz, a po co, a czemu tak późno, a daleko to, a znasz drogę, a ciemno jest, a z kim idziesz (kilka razy było "z kim idziesz", mama miała zaczątki sklerozy), a kto to jest ten Martin (Natasza zełgała, że jestem Amerykaninem i dodała parę lat do mojego wieku, tak dla pewności), a czemu w magazin, tylko na bazar, a gdzie dokładnie teraz jesteś, a może jednak nie idź, a jutro iść nie możesz, a z kim idziesz, aha, już pytałam, i tak przez 10 minut. Myślałem, że mnie tam rozerwie na kawałki od słuchania tego.
Na bazarze wieczorem jest całkiem interesująco. Różne ciekawe indywidua wychodzą po zmroku, niczym dżdżownice po deszczu. Łaziłem więc sobie i obserwowałem, aż w końcu natrafiłem na produkt o najśmieszniejszej nazwie, z jaką się na Ukrainie spotkałem. Była to "szapka niewydymka" i zbiegiem okoliczności była to prezerwatywa. "Szapka niewydymka" znaczy po rosyjsku: "czapka niewidka", ale dziwnym trafem wyraz "niewydymka" brzmi tak, jak brzmi, czyli raczej wesoło, bo w pewien sposób z prezerwatywą się kojarzy (poprzez czasownik "dymać", tudzież "wydymać" - objaśnienie dla niekumatych). Chciałem sobie nawet taką jedną "czapkę" kupić na pamiątkę, ale zapomniałem.
2004-07-24, sobota, 7 dzień obozu
Dziś na śniadanie była kasza. Czyli tak jak wczoraj. I jak przedwczoraj. Właściwie to zawsze na śniadanie jest kasza. Już nie mogę patrzeć na kaszę. Jedzenie tak ogólnie jest zjadliwe, tyle, że tak urozmaicone, jak roślinność na boisku piłkarskim.
Najciekawszym produktem żywnościowym, jaki jedliśmy, była ryba. Pojawiła się ona na naszych talerzach w porze obiadu i smętnym wzrokiem wpartywała się w nas spośród półpłynnych ziemniaków. A mogła się wpatrywać dlatego, że wciąż miała głowę, oczy, bebechy i wszystko. Albo zapomnieli jej łba odciąć, albo taki tu zwyczaj, że ryby się je z głową.
Obóz, na którym są Amerykanie, Niemcy, Ukraińcy, Polak oraz jedna dziewczyna z RPA jest dobrą okazją, żeby porównać różne kultury, zachowania i sposób myślenia ludzi. Zawsze wyżej stawiałem różnorodność nad jednolitość. Dziwne jest piękne! Chociaż czasem dziwne jest irytujące.
Była na przykład na obozie niejaka Beth - młoda Amerykanka, która od niedawna jest żoną Alexa. Beth jest miła i fajna, ale nie nazwałbym jej normalną. Cechą, która ją czyni dziwną jest to, że Beth bez przerwy się uśmiecha. Nie chodzi mi tu o taki zwykły pogodny uśmiech - tak to każdy się uśmiecha - Beth uśmiecha się słodko. Hm, jakby to opisać... O, powiedzmy, że herbata jest słodka, kiedy się tam wsypie dwie łyżeczki cukru. Dla niektórych trzy to już jest za słodko. Przy pięciu nie da się tego pić. Otóż Beth uśmiecha się tak, jakby ktoś nasypał pół szklanki cukru, a potem to zalał herbatą.
Przechodzę raz koło niej, uśmiecham się i mówię:
- Hello Beth!
Normalnie, człowiek spodziewa się wesołej, pogodnej reakcji typu "no cześć" albo "hej" albo machnięcia ręką, ale nic wielkiego. Tymczasem Beth rozsładza się, niczym Merylin Monroe podczas piosenki "Happy Birthday to you, Mr President", i mówi głosem słodszym niż tort oblany litrem miodu:
- Oh, hi Martin!
I w tym momencie następuje błąd w komunikacji interpersonalnej, gdyż czuję się jak czteroletnia dziewczynka o twarzyczce aniołka i dużych, ślicznych oczkach roziskrzonych jak węgielki. Nie trzeba chyba dodawać, że 27-letni facet nie za bardzo ma ochotę czuć się w ten sposób, nawet jeżeli wygląda na 19 lat, a zachowuje się jakby miał 13.
Doświadczenie w relacjach z dziwnymi ludźmi podpowiedziało mi, że ona wcale nie chciała, żebym się tak poczuł i w związku z tym odpowiedź: "Jaja sobie ze mnie robisz?!" byłaby nie na miejscu. Chociaż to było pierwsze, co mi przyszło do głowy. Nie mam bladego pojęcia, jak rozmawiać z osobą, która mówi do mnie tak, jakbym był najbardziej zachwycającym, najsłodszym dzieckiem na świecie. Więc bąknąłem coś krótko i szybko się stamtąd zmyłem.
I do końca obozu nie mogłem się zorientować, czy Beth jest taka naprawdę, czy też nosi ten swój przesłodzony uśmiech na twarzy, niczym maskę. Możliwe, że tak długo się dosładzała w kontaktach z ludźmi, że w końcu cukrowa powłoka przylgnęła do jej twarzy na stałe i stała się integralną częścią jej osobowości. Jakby nie było, ten jej uśmiech wygląda robi tak autentyczne wrażenie sztuczności, że naprawdę trudno mi uwierzyć, że jest naturalny. Może dla niej jest - dla mnie nie jest.
2004-07-25, niedziela, 8 dzień obozu
Po wieczorze talentów przyszedł czas na wieczór skeczy, czyli Skit Night. Każda grupa opracowała sobie kilka skeczy, mniej lub bardziej śmiesznych. Mnie przypadła rola pijaka w skeczu o kinie, która to rola wypadła mi ponoć całkiem nieźle. Może dlatego, że postanowiłem ją nieco urozmaicić interesującymi efektami dźwiękowymi oraz rekwizytami w postaci znalezionej na śmietniku flaszki po winie, rolki papieru toaletowego oraz sztucznej kozy, którą efektownie wydmuchałem sobie z nosa w kierunku publiczności.
2004-07-26, poniedziałek, 9 dzień obozu
I oto nastał ostatni dzień obozu. Zrobiło się trochę smutno. Dla mnie było nie tylko smutno, ale też niepokojąco, bo nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić po obozie. Wracać już do Polski?
Sprawa się sama rozwiązała, bo niejaka Ola (po rosyjsku brzmi bardziej jak: Olja) powiedziała, żebym jeszcze nie wyjeżdżał, tylko został u niej parę dni. Fajnie! Tak więc po obozie zostanę jeszcze w Odessie!
Wieczorem, jak zawsze na tego typu obozach, był bankiet - czyli ostatnia wieczerza. A na niej: czipsy, Cola, ciasto, orzeszki, baloniki, prezenty, rozdanie dyplomów, zdjęcia itp. Tym razem oprócz czipsów i Coli czekała na nas jeszcze... ryba! I znowu z głową i całą resztą organizmu! To już naprawdę przesada. A z rybą kasza. Jak zobaczyłem tą rybę to wziąłem kartkę, napisałem na niej "R.I.P. Mr Fish" i wetknąłem ją w krzyż zrobiony z dwóch ołówków. Krzyż wbiłem w kaszę. W ten sposób zrobiłem grób rybie, która umarła na darmo, gdyż nikt, oprócz paru najbardziej fisholubnych osób, nie chciał jej jeść.
Na prawie 30 obozach, na których byłem w Polsce w ostatnią noc nie było gaszenia świateł i do łóżek. W Polsce nie miałoby to większego sensu, bo ludzie i tak by powychodzili. W końcu to ostatnia noc, ostatnia możliwość, żeby spędzić czas razem.
Byłem więc pewien, że tak będzie tym razem, ale ku mojemu zdziwieniu Alex o północy pognał wszystkich do łóżek! A ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu uczestnicy obozu łyknęli to całkiem spokojnie. Ludzie, co to jest, wojsko?! Obóz koncentracyjny? O nie, tym razem, Alex, możesz mnie pocałować w zadnicu - sam se śpij, ja wychodzę.
Wyszedłem więc konspiracyjnie z domku i połaziłem sobie trochę. Hm, co jest, wszyscy naprawdę śpią? Wróciłem do domku. Po jakimś czasie otwieram drzwi, a tam ktoś przemyka. Ha, a jednak! Jakaś konspiracja obozowa jest, jeszcze Ukraina nie zginęła, póki my żyjemy!
- Hej! - wołam. - Priwiet!
- Kto ty? - To były dwie dziewczyny. Czekały na trzecią, która poszła do domku po koc.
- Martin.
- Aa, Martin. Chodź z nami!
- Gdzie idziecie?
- Na plażę. Chodź, tylko koc weź!
- A kto tam jest?
- Ludzie są - i zaczęły wymieniać imiona.
- O wy świnie jedne! To poszliście wszyscy na plażę i nikt mi nic nie powiedział?
- Aa, bo tak jakoś...
- No co za ludzie. Dobra, czekajcie.
I poszliśmy w nocy na plażę. Idziemy, idziemy, patrzę, a tam chyba pół obozu leży sobie na kocach na piasku.
- O, Martin przyszedł! - mówią. - Priwiet, priwiet!
- No cześć! Hej, fajnie tu!
- No, leżymy sobie jak bumżyki. Fajnie, nie?
- Prikolno!. Idę do was. Jest miejsce?
- No pewnie. Dawaj, chodź tutaj i się kładź.
I tak sobie leżeliśmy wszyscy razem na piasku, owinięci w koce. Gadaliśmy, kawały sobie opowiadaliśmy, a Morze Czarne dostojnie szumiało tuż obok, Droga Mleczna świeciła nad nami, a fosforyzujące robaczki świeciły na piasku. Ktoś je ułożył w słowo "LOVE".
Po jakimś czasie część się zmyła, a reszta poszła spać na plaży. Ja poszedłem sobie do domku o czwartej. Zostałbym dłużej, ale jak wstałem z ziemi, żeby zmienić miejsce, to ktoś mi koc zajął. Potem już nie miałem się w co owinąć i było mi za zimno, żeby spać.
To był jedyny raz, kiedy tak leżałem w nocy nad morzem na plaży z przyjaciółmi. I było bardzo, bardzo pięknie.
Część IV: Odessa
2004-07-27, wtorek, 10 dzień obozu, 1 dzień w Odessie
Po południu przyjechał autobus. Wsiedliśmy jakoś do środka (nie wiem, jak oni to policzyli, ale wypadało półtora osoby na jedno miejsce) i pojechaliśmy. Gorąco było nieprawdopodobnie. Jak to w Odessie mówią: żarka. Żar się dosłowie z nieba lał, a autobus nabity niczym ostatni wakacyjny pociąg relacji Międzyzdroje-Kraków. Było wesoło i smutno jednocześnie.
Dojechaliśmy, wysiadamy. Pojęcia nie mam gdzie jestem - i nie tylko ja. Ola była jedyną osobą, która wiedziała, co robić - wzięła mnie, Alyonę z Nikolajewa i jeszcze dwie osoby, złapaliśmy "taksówkę" i pojechaliśmy do Oli.
Ola mieszka sama z mamą w tym samym bloku, co parę innych osób z obozu. Blok jak blok - architektura z czasów, kiedy w telewizji były tylko dwa programy. Poczułem się jakbym się cofnął w czasie o jakieś 20 lat. Zwłaszcza następnego dnia, kiedy wyłączyli prąd i włączyli go dopiero wieczorem. Ola mówiła, że to normalne.
Tak więc mieszkałem sobie przez parę dni u Oli - ja i Alyona, która dopiero dwa dni później pojechała do Nikolajewa.
Po południu poszliśmy spotkać się z Amerykanami we włoskiej pizzerii w Odessie. Faktycznie, pizza była całkiem podobna do tej, jaką jadłem w Italii. Siedziałem sobie, jadłem i przypominała mi się moja podróż do Italii sprzed kilku lat. Wypadła ona zupełnie nieoczekiwanie i dzięki swojej wyjątkowości wyryła mi w pamięci głęboki ślad. Im dalej Wenecja, Padwa i San Marino odsuwają się w przeszłość, tym piękniejsza i bardziej niezwykła tamta podróż mi się wydaje.
Z zadumy wywołanej włoskimi wspomnieniami wyrwała mnie opowieść Beth - jednej z Amerykanek - o swoim pobycie w Japonii. Ponieważ przy okazji wspominania obozu ktoś poruszył temat toalet, Beth opowiedziała o tym, jakie toalety mają Japończycy.
Dla Japończyków jest to rzecz ważna. Starają się więc uczynić tę dziedzinę życia maksymalnie konfortową. Beth opowiadała, że będąc w Japonii miała okazję skorzystać z toalety wszechczasów.
Przede wszystkim sedesik w tym przybytku rozkoszy był podgrzewany. Zrozumiałe - czas spędzony w sraczu winien być maksymalnie miły i przyjemny. Człowiek siedział sobie na cieplutkim tronie, a wokół marmurki, kafelki, lampki, lustra, no pełen luksus. Aż szkoda brukać taki piękny, podgrzewany sedes.
Po zbrukaniu japońskiego ultranowoczesnego sedesu następuje moment konsternacji - albowiem po prawej stronie człowiek zauważa panel kontrolny. A w nim ilość guzików porównywalna z panelem sterowania w transoceanicznym samolocie pasażerskim. Za pomocą tego panelu można było skorzystać z elektronicznego czyszczenia tyłka, które, o ile dobrze zrozumiałem, odbywało się przy pomocy strumienia wody. Oczywiście wszystkie szczegóły można było odpowiednio zaprogramować. Można więc było wyregulować temperaturę wody, ciśnienie, czas pracy, szerokość strumienia, a nawet można było precyzyjnie wycelować w odpowiedni obszar ciała. Zdaje się, że było też suszenie - i tu też wszystko można regulować. A kto wie, czy specjalnie dla tradycjonalistów projektant nie przewidział możliwości użycia starego, dobrego papieru toaletowego. Wysuwałaby się wtedy metalowa łapka i - rach, ciach, ciach - robiłaby, co trzeba. Oczywiście wszystkie szczegóły (częstotliwość, nacisk, miękkość, ilość warstw papieru itd.) można by było ustawić na panelu sterowania.
Zapytaliśmy Beth, czy na desce rozdzielczej były napisy, czy może obrazki. Powiedziała, że obrazków na pewno nie było - jakby były, to by na pewno zapamiętała.
Zawsze uważałem, że Japończycy to lekko nienormalni ludzie. Ale z kiblem sterowanym komputerowo to już naprawdę przesadzili.
Wieczorem poszliśmy poguliać po Odessie. Zobaczyłem pierwszy raz centrum miasta: słynne schody patiomkinowskie, pomnik Puszkina, port morski, ulicę Dierieboszowskaja, na której zawsze pełno ludzi, jak na rynku w Krakowie. Na koniec kupiliśmy sobie piwko - ja i parę osób, które poznałem na obozie - i poszliśmy posiedzieć na murku. Tutaj mało kto chodzi na piwo do pubów czy barów, jak w Krakowie. Tutaj się kupuje piwo w sklepie i idzie gdzieś posiedzieć. Piwo czerwone (pierwszy raz takie piłem) kosztuje tu 2,5 grywny (ok. 1,75zł). Raczej tanio. Na ulicach Odessy można kupić krewetki, tak jak w Krakowie obwarzanki. Nie spróbowałem. Jakoś nie mogę się przemóc, żeby zjeść coś, co ma wąsy.
Nie wiem, jak uczą młodych Ukraińców angielskiego w szkołach, ale pewnie nie najlepiej, bo mi o wiele łatwiej mówić po rosyjsku niż im po angielsku. Biorąc pod uwagę fakt, że angielski jest nieporównywalnie łatwiejszy niż rosyjski (wyłączywszy wymowę) oraz to, że ja się uczę 2 tygodnie, a oni kilka lat, wnioski nasuwają się dwa: albo ja jestem geniuszem językowym albo system nauczania angielskiego jest na Ukrainie skrajnie nieefektywny (tak samo z resztą jak w Polsce). Stawiałbym raczej na to drugie.
Kontakt: Napisz do mnie!
| Telefon: | 501-948-555 |
| Mail: | martin@teoria.pl |
| WWW: | http://www.teoria.pl |